Kategorie
Blog o Kolumbii Życie w Kolumbii

Wywiad: Ola Andrzejewska: Osobiście jestem w pełni zgrana z Kolumbią, ale tęsknię za polskim chaosem

Kategorie
Blog o Kolumbii Życie w Kolumbii

Wywiad: POLKA W KOLUMBII, CZYLI JAK SIĘ ŻYJE W KRAJU TYSIĄCA KOLORÓW

Kategorie
Blog o Kolumbii Ciekawostki Ludzie Mama w Kolumbii

Kilka polsko – kolumbijskich przygód w Polsce. Kiedy trzeba się Polski nauczyć na nowo.

Po dwóch latach niebytności w Polsce, adaptacja do istniejących warunków staje się nielada wyzwaniem. Czuję się, jakym uczyła się na nowo czytać i pisać lub jak Marsjanka, która nagle wylądowała w III RP. Wymaga to przestawienia, a oto kilka polsko – kolumbijskich przygód po powrocie do kraju.

Pomijam fakt, że powrót nastąpił w pandemii oraz, że była to pierwsza podróż sam na sam z Milusiem. Nasz lot odbył się na grzbiecie wzburzonej, drugiej fali Covidu w Europie. Oboje lecieliśmy, na wszelki wypadek, z negatywnym wynikiem testu. Jeden lot łączący nam wypadł, a do tego panuje w Polsce zima, do której zupełnie nie jesteśmy przyzwyczajeni.

Mimo to, sama podróż była mniej zaskakująca niż zmiany, do których musieliśmy zaadaptować się w Polsce – w której ja nie byłam dwa lata, a Miluś – jeszcze wcale 🙂 :

  1. Garderoba – W Kolumbii nie mamy wcale zimowych rzeczy i nawet najgrubsza kurtka, noszona wieczorami w chłodnej Bogocie, nie sprosta styczniowej temperaturze w Polsce. Przylecieliśmy poubierani na cebulki i trzęśliśmy się z zimna. Nawet największe bogotańskie noce nigdy nie są tak chłodne, jak dni w styczniu w Polsce i – dopiero po kilku tygodniach przywykliśmy do rękawiczek, czapek i butów z filcem.
  2. Śnieg. Nie, żebyśmy go doświadczali w nadmiarze, ponieważ w Wielkopolsce ten, co spadnie rano, topi się już w południe. Jednak fenomen śniegu zawsze najbardziej cieszy maluchy i Miluś nie jest wyjątkiem. Spada mu nagle na ręce coś białego, co ziębi jak lód i zaraz robi się mokre. Można z tego zlepić kulkę. Przylepić do butów mamy. Powąchać z ciekawością i zjeść ze smakiem. Rozpłakać się, bo za zimno w ręce i za mokro w nos. Frajda i atrakcja na cały rok!
  3. Ruch uliczny – w Bogocie, przechodząc przez jezdnię na pasach, zawsze trzeba czekać, aż będzie pusto lub, aż któryś kierowca się nad nami zlituje. Przepuścić pieszego na zebrze na ruchliwej ulicy wcale nie jest oczywiste i takiemu kierowcy należy zawsze podziękować za gest i tym samym wynagrodzić mu okazaną nam uprzejmość. W Polsce, już gdy zbliżamy się z Milusiem do pasów, sznur samochodów hamuje i kierowcy z uśmiechem przepuszczają nas na zebrach. Dobre kilka dni zabrało mi przyzwyczajenie się do hamujących przede mną kierowców i do dziś napawa mnie satysfakcją zależność między wysunięciem mojej nogi za krawężnik, a piskiem opon zatrzymujących się na mój widok aut.
  4. Do tego – brak jakiegokolwiek ruchu na ulicach miasta. Korki, na które narzekają Poznaniacy, to zaledwie pięć samochodów, stojących na światłach lub niewielki ogonek aut, czekających przed torami kolejowymi, aż przejedzie pociąg. Godzinne korki na bogotańskich drogach, które tworzą się gęsto nawet w czasach pandemii, są w Polsce nagle jedynie odległym i przykrym wspomnieniem.
  5. Programy telewizyjne. Kiedy mój mąż, Miguel, kilka lat temu pierwszy raz oglądał w Polsce wieczorny film w telewizji, najpierw słuchał uważnie, co się dzieje, a następnie stwierdził, że na oglądany serial chyba nałożyły się wiadomości. Jakiś męski głos zagłuszał mu wszystkie kwestie aktorów i niewzruszonym głosem czytał coś, co zdawało się być dziennikarskim reportażem. Otóż w 2021 roku, w telewizji polskiej, we wszystkich obcojęzycznych produkcjach, nadal włącza się ten sam lektor, który czyta role wszystkich aktorów. Nadal słychać w filmie kakofonię głosów – ten lektora oraz ten zagłuszanych przez niego artystów. Podobno Polacy jesteśmy do tego tak przyzwyczajeni, że nie zwracamy na to uwagi. Jako osoba przyjezdna jednak stwierdzam, że jesteśmy chyba jedynym krajem, który wciąż uprawia ten rodzaj tłumaczenia ekranizacji i żałuję nas, widzów, któremu nawet w najbardziej emocjonujących scenach towarzyszy ten sam, beznamiętny, męski ton.
  6. Poza tym wydaje mi się, że u nas w Polsce istnieje wielki sentyment i przywiązanie do fenomenów sprzed lat. W ciągu kilku tygodni z ciekawością wykonałam przegląd dostępnych, telewizyjnych programów rozrywkowych. Ze zdziwieniem zauważyłam, że do życia wskrzeszone zostały takie programy, jak Koło Fortuny, które w latach 90-tych podczas emisji wyludniało całe miasta, że wciąż, nieprzerwanie od dwóch dekad nadawany jest serial Klan oraz teleturniej Familiada. O corocznych, świątecznych hitach jak Kevin Sam w domu, Potop, Janosik czy Dirty Dancing, które wszyscy znamy na pamięć, nie wspominając. Osobiście nie słucham wiadomości, więc uprzedzam pytania i na temat serwowanych, dziennikarskich informacji nie mogę powiedzieć ani słowa.
  7. W centrach handlowych, które funkcjonują, dziwi mnie brak jakiejkolwiek ochrony przy drzwiach wejściowych. Nie ma tutaj nikogo, któ chciałby dotknąć mojej torebki ani zobaczyć jej zawartość. W Kolumbii komisyjne otwieranie torebki przed wejściem do sklepu i pokazywanie jej treści jest taką oczywistością, że Polsce rozglądam się, czy ktoś łaskawie zechce mnie przeszukać. Bez skutku.
  8. Wychodzenie z domu po zmroku. Zimą zapada w Polsce ciemność po szenastej, a ja mam codziennie wrażenie, że nagle z piętnastej robi się dwudziesta. W Bogocie dzień trwa zawsze od szóstej rano do szóstej wieczorem, więc wszelkie odchyły wymagają przyzwyczajenia. Adaptacji wymaga również – poczucie bezpieczeństwa po zmroku. W Bogocie najbezpieczniej jest nie wychodzić po ciemku z domu, a jeśli jest to konieczne, to najlepiej jest zostawić swój telefon w domu. Na każdym kroku natomiast zaleca się zachować ostrożność. W Polsce wyzbywam się tego przyzwyczajenia, okazuje się bowiem, że nagle mogę wejść w nieoświetloną uliczkę z telefonem przy uchu i – nic mi się nie stanie, a mój telefon nie zmieni właściciela. Fascynująca sprawa.
  9. I nareszcie – Polska z dzieckiem. Po wybojach bogotańskich chodników i półmetrowych krawężników, przejazd z Milusiem w wózku to czysta przyjemność. Nareszcie nie muszę nikogo prosić o przeniesienie mi wózka po schodach bez podjazdu i nareszcie Miluś nie trzęsie się na obie strony na załatanych dziurach chodnika. Wszelkie instytucje dla maluchów, domy kultury i teatrzyki nadal pozostają zamknięte, luksus wychodzenia jednak na spokojną, równą, osiedlową drogę rekompensuje brak dodatkowych, dziecięcych atrakcji.

Nie zostajemy na razie w Polsce na dobre, zostajemy jednak wystarczająco długo, aby porządnie wyuczyć się polskich obyczajów na nowo. Przyzwyczajamy się, delektujemy i – marzniemy. A przede wszystkim cieszymy się z czasu spędzonego z Rodziną, bo po roku 2020 świat znów się rozszerzył, kraje się na nowo od siebie oddaliły, podróż za granicę nie jest wcale taka oczywista, a wspólne chwile z Najbliższymi są nowym luksusem i prawdziwym prezentem od losu.

Życzymy Wam wszystkiego dobrego!

Kategorie
Blog o Kolumbii Ciekawostki Kolumbia dla turystów Mama w Kolumbii Życie w Kolumbii

Kolumbia z małym dzieckiem. Na co warto zwrócić uwagę?

Kochani Rodzice, i kochani Podróżnicy. To jest wpis o tym, co sprawdza się z małym dzieckiem w Kolumbii. Słyszę, że coraz więcej Rodziców widzi w Kolumbii dobre miejsce na wakacje z przychówkiem i – że coraz więcej Rodzin jest gotowych na podróż po Andach i dwóch wybrzeżach.

Ponieważ sama jestem Mamą i funkcjonuję tutaj na codzień, napiszę Wam, na co warto zwracać uwagę.

A ze względu na to, że sama czasem się dziwię, jak ja sobie radzę z małym dzieckiem w ośmiomilionowej Bogocie, może być to inspiracja dla innych pasjonatów przygód. 🙂

Przede wszystkim, do odważnych świat należy i tej odwagi na pewno nie powinno zabraknąć w Kolumbii.

Otóż, nie nastawiajmy się na infrastrukturę w pełni przystosowaną do małych dzieci. A już na pewno nie na taką, do której jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. W Kolumbii bowiem improwizacja nie zdarza się – nie tylko w teatrze.

 

Hotele, lotniska, autobusy są wprawdzie coraz wygodniejsze i coraz bardziej nastawione na zagranicznych turystów, jednak nie dzieje się to tak szybko, jak tego potrzeba.

Kolumbia uwielbia dzieci i rzeczywiście wszyscy się dziećmi zachwycają i wszyscy pragną je mieć. Mimo to, przygotowanie do małych dzieci jest dość niewielkie i większość zależy od Rodziców – ich kreatywności i odpowiedzialności. Tutaj nie myśli się za Rodziców i nie wybiega przed szereg z uregulowanymi, tak jak u nas, zasadami, które wręcz zwalniają z myślenia. Tutaj każdy rodzic odkrywa świat na nowo, a w tym świecie głowa na karku i pomysłowość i liczą się nade wszystko.

W publicznych łazienkach nadal nie wszędzie są przewijaki dla dzieci, a jeśli już, to na pewno nie w męskich toaletach. Świadomość, że mężczyźni też mogą przewijać dzieci, wciąż jest jeszcze odległa i Tata Milusia przewija go w… samochodzie, bo przecież do damskiej ubikacji go nie wpuszczą.

Nie wszystkie restauracje mają siedzonka dla dzieci, a choć wiele je owszem, ma, to krzesełka nie są zbyt wygodne. Albo są zbyt głębokie, albo nie mają tacki z przodu, tak więc jedzenie dla Malucha jest wielce utrudnione.

Miejskie parki często nadal nie mają wydzielonych placów zabaw dla dzieci, przez co maluchy mają do czynienia z psami, a co za tym idzie, z psimi pozostałościami. Pomimo tego, że w Bogocie raczej się sprząta po czworonogach, nie zawsze robi się dokładnie, albo też pieski nie zawsze dobrze trawią; faktem jest, że psie prezenty ścielą się dość gęsto. Dopiero jako mama zwróciłam na to uwagę, wcześniej byłam szczęśliwa, że niewielkie, bogotańskie parki są tak przyjazne zwierzętom.

Nie ma jednoznacznego nakazu posiadania fotelika samochodowego dla dzieci. Przyjezdnych z Europy i USA skandalizuje fakt, że dzieci są na rękach rodziców w samochodzie, albo gdy nie mają atestowanego fotelika dla dzieci w aucie. Tutaj faktycznie policja nie zwraca na to większej uwagi i bezpieczeństwo pozostawione jest raczej rodzicom i ich poczuciu odpowiedzialności.

Juz wiemy, że Kolumbia to wielość klimatów, góry i doliny, dzika przyroda i mili ludzie.


Co się więc sprawdza podczas podróży po Kolumbii z dzieckiem?

  1. Nosidełko. Zdecydowanie nasz najlepszy zakup. Przeczuwałam, że w Bogocie będzie mi wygodniej nosić Milusia w nosidełku i rzeczywiście dla mnie sprawdza się ono najlepiej. Póki dziecko jest jeszcze małe, nosidełko jest wręcz nie do przecenienia. Nie trzeba zabierać i składać & rozkładać wózków czy spacerówek, pchać ich przed sobą, manewrować i uważać na dziury. W Kolumbii pamiętanie o wielu rzeczach i dekoncentracja z tym związana, nazywa się „encarte”. Takiego właśnie „encarte” nosidełko pozwala mi najlepiej uniknąć. 
  2. Jeśli ktoś nie lubi nosidełka i preferuje wiązania – to analogicznie sprawdzi się chusta.
  3. Ubranka na cebulkę. Sczególnie w Bogocie i innych górskich miastach. W Andach mówi się, że w ciągu dnia pogoda może zaskoczyć nas czterema porami roku. Podróż przez Kolumbię to często przeprawa przez zakładanie cieplejszych ubrań i zdejmowanie ich, ponieważ temperatura zmienia się wraz z każdym metrem wysokości w górach. Trzeba spakować więc ubrania na upalne lato i na poważną jesień. A dzieciakom – najlepiej spakować bezrękawniki i dodatkowy szalik i czapkę. (Uwaga, czapki – kominiarki są jednym ze standardowych elementów garderoby bogotańskich dzieci. Chodzi o to, aby nie wdychały zimnego powietrza.)
  4. Szybkoschnące ubrania. Zwłaszcza, gdy jedziemy w bardziej deszczowe, tropikalne regionach Kolumbii, gdzie wilgotność sięga 100% i włosy, zmoczone w środę, w piątek jeszcze są mokre (Sprawdziłam!)
  5. Towarzystwo minimum jeszcze jednej osoby dorosłej, dla: bezpieczeństwa,  dla niezwariowania, dla pomocy i… dla potrzymania, gdy podłoże niekoniecznie sprzyja, aby maluch sam sobie biegał.
  6. Dla miłośników tropikalnych stref, konieczny jest repelent, najlepiej najbardziej natralny z możliwych oraz moskitiera. W Kolumbii nie ma malarii, rzadko też słyszy się o żółtej febrze, za to słychać o infekcyjnej chorobie od ukąszenia komarów – dendze. 
  7. Spokój. Jeśli kojarzycie Kolumbię z koncepcją cierpliwości i błogosławionego stanu „zen” w sytuacjach, gdzie przeciętny Polak dawno poszedłby w powietrze, to macie rację. Ten właśnie poziom spokoju z dzieckiem w Kolumbii jest zawsze najbardziej potrzebny:
  • Dwudniowy korek na autostradzie, bo w porze deszczowej obsunęła się ziemia? Trzeba przeczekać. 
  • W hotelu wysiadł prąd? Spokojnie, punktualnie o 6 rano zawsze i tak robi się jasno. 
  • Na Karaibach nie ma molo, więc ktoś próbuje pomóc nam wsiąść do tańczącej na wysokich falach motorówki? Trzeba po prostu przeżegnać się i… iść na żywioł.
 

Natomiast – na co w podróży po Kolumbii z dziećmi należy mieć na uwadze?:

  1. Wózek dla dzieci. Często zbędny. Gdy oglądam na video i filmach perfekcyjnie wyłożone chodniki w europejskich miastach lub widzę w USA mamy lub tatusiów na rolkach, pchających sportowe wózki z dziećmi, zaraz myślę, jak by to wyglądało w kolumbijskich realiach.

Kratery na bogotańskich drogach często mają głębokość kilku centymetrów, a idealnie ułożona kostka brukowa to zupełna utopia. Nawet, jeśli w bogatszych dzielnicach znajdą się takie równiutkie odcinki, to zawsze są to odcinki, po których trzeba uważać na pułapki, jak dziury w chodnikach, uskoki lub krawężniki, przy których trzeba kogoś poprosić o pomoc.  

Ponieważ zawsze chodziłam szybko i, po europejsku, lubię robić rzeczy w miarę efektywnie, wózek zdecydowanie mnie opóźnia.

Kolumbijska ciocia Milusia wiozła go kiedyś wózkiem przez bogotańskie ulice i odcinek, który pieszo zwykle pokonuje w 10 minut, zajął jej ponad pół godziny. Wdrapywanie się przodem / tyłem na krawężniki, omijanie przeszkód i slalom między dziurami odbyła z namaszczeniem i zakończyła sukcesem, ale później opadła ma krzesło spocona jak mysz.  

Osobisty małżonek Miguel sam długo wzbraniał się przed kupnem wózka, ponieważ cały czas ma w pamięci, jak jako dziecko wiózł swoich braci bliźniaków, jak potknął się kółkiem o jakąś wielką dziurę i jak bracia wywrócili koziołka i wylądowali do góry nogami. Choć wszyscy przeżyli bez urazów, trauma została, a nasz wózek… częściej służy jako mebel do drzemki Milusia, niż jako pojazd na spacery.  

2. Fotelik samochodowy.  Choć w Bogocie większość montuje foteliki, nie jest to oczywistością. W tym miejscu podziwiam wszystkich, kto fotelika nie używa, ponieważ jazda po kolumbijskich miastach wymaga umiejętności Formuły 1.

Fotelików na pewno nie znajdziemy w taksówkach, krążących po mieście. Na to warto się przygotować.

3. W nie wszystkich hotelach są w standardzie łóżeczka dla dzieci, dlatego rodzice często sypiają w łóżkach z Rodzicami.

4. Jedzenie. Podróżując z niemowlakami, najwygodniejsze jest… karmienie piersią. Poza miastem często nie ma gdzie podgrzać wody, wyparzyć butelek.

Dostępne odżywki, słoiczki, kaszki dla dzieci istnieją, ale wrażliwi na zawartość cukru rodzice nieraz się porządnie wystraszyć.

Za to – choć dla starszych dzieci dostępne gotowe gerberki, w Kolumbii okazują się one zupełnie zbędne. Kolumbijskie jedzenie jest bardzo łagodne w smaku, a jedyną przyprawą, której nadużywają, to kolendra. Choć Kolumbia jest mięsożernym krajem, bogactwo warzyw i owoców pozwoli przeżyć też każdej wege – rodzinie.

Nieocenione w Kolumbii są owoce, dostępne przez cały rok w całej palecie barw, smaków i zapachów. I każdy podróżnik, mały i duży, zawsze będzie miał ich niedosyt.

5. Autobusy miejskie mają zwykłe bardzo wysokie podwozie, a potem należy przejśc przez obrotowy licznik pasażerów, dlatego wksakiwanie do nich, nie daj Boże z wózkiem, to cyrkowa akrobacja. 

To samo się tyczy, gdy wsiadamy w miastach do autobusów szybkiego ruchu (w Bogocie – Transmilenio), w godzinach szczytu. 

Kolumbia to kraj potencjału i jedna wielka przygoda. Jeśli nie gustujemy w 5 gwiazdkowych resortach i chcemy poznać ten kraj od środka, na przygodę właśnie trzeba się nastawić. Z dziećmi – podwójną!

Życzę Wam przyjemności i szerokiej drogi,

Ola

Specjalne podziękowania za wymianę pomysłów i opinii dla dwóch polsko – kolumbijskich mam:

Edyta Marzec

Małgorzata Szyk 

Kategorie
Blog o Kolumbii Ciekawostki Mama w Kolumbii Życie w Kolumbii

Dwujęzyczność, czyli pierwsze doświadczenia polsko kolumbijskiej rodziny

Nadszedł czas, kiedy w naszej, polsko – kolumbijskiej rodzinie pojawił się aspekt dwujęzyczności. Miluś niebawem skończy półtora roku i zabiera się porządnie za mówienie. 

Języka polskiego Miluś słucha z moich ust, od polskich dziadków, z polskich nagrań, od znajomych Polaków, a hiszpańskiego, od kolumbijskiej rodziny i przyjaciół. Na razie, języka polskiego słucha częściej, bo po prostu ze mną przebywa więcej i siłą rzeczy więcej się ode mnie uczy.

Miluś, poza uniwersalnym słowem „mama”, które aktualnie oznacza mamę, pić, daj, ratunku, mówi proste do wypowiedzenia zdanie „nie ma”. 

Nie odważa się jeszcze wymówić żadnej szemrzącej głoski, choć widać, że się do nich przymierza, prychając, parskając i plując naookoło.

Reaguje na wiele poleceń typu „chodź”, „proszę”, „daj”, „dziękuję”, na przedmioty, na „kot”, „pies” i całą gamę innych zwierząt, które poznaje ze mną po polsku.

Milusiowa komunikacja jest dla mojego kolumbijskiego małżonka nielada wyzwaniem, ponieważ przebywa w otoczeniu, w którym wciąż się szeleści, szemra i trzeszczy ustami. Jest przy tym niepocieszony, ponieważ z tego szeleszczenia niewiele rzeczy wydaje mu się znajomych.

Miguel mówi, że język polski jest najbardziej demotywującym językiem na świecie. Im dalej w las, tym więcej wyjątków i milion określeń na wszystko: począwszy od własnego imienia, odmienianego przez przypadki („Ja to mam przegwizdane. We wtorek w południe nazywasz mnie Miguela, w czwartek o osiemnastej – Miguelu, a przy pełni księżyca będę pewnie Miguele”), na jechać, pojechać, dojechać, odjechać skończywszy.

Choć święcie wierzę, że uda mi się nauczyć Milusia nie tylko mówienia po polsku, ale też i pisania, już widzę ciemne chmury na horyzoncie, że będzie to trudny orzech do zgryzienia. 

Bo Miguel przecież ma słuszność – nasz język to język dla pasjonatów i Kolumbijczyk na ogół nie posiada ochoty zagłębiać się w meandry polskiej ortografii. Bo i po co, skoro rozróżniamy dwa „rz” i dwa „u” w pisowni, a fonetycznie absolutnie się one niczym od siebie nie różnią. I chyba tylko tradycja utrzymuje jeszcze ich istnienie.

 _____

Mimo wszystko, Miguel cierpliwie powtarza słowa po polsku, nawet gdy są one niewypowiedzialne dla przeciętnego użytkownika strun głosowych. 

Wciąż nie dowierza, że mogą istnieć takie dwa słowa, jak: „cieszę się” i „czeszę się”, które przecież „brzmią dokładnie tak samo”.

Załamuje ręce, gdy codziennie słyszy istny łamacz języka: „szczoteczka do zębów”.

Nie może się wydziwić, że „Prosię, jedz”, ma inne znaczenie niż „Proszę, jedz”. „Przecież tu nie słychać żadnej różnicy” – syczy przez zęby Miguel. I ma świętą rację. 

Ale ponieważ uważa: „ucz dziecko polskiego. Jak go opanuje, to żaden inny język nie będzie mu straszny”, to naszym dwujęzycznym domu króluje szelest znad Wisły.

A ponieważ Miluś najlepiej go rozumie, to również miguelowa rodzina notuje fonetycznie po polsku, aby się z nim dogadać. I czasem słyszę, jak ciotka powtarza pod nosem: „uwaga”, „chodź”, „spać”…

W domu natomiast, w którym nie pozostaje nic innego, jak samemu też polski załapać, wytwarza się nasz unikalny, trzyosobowy kod językowy, w którym powtarzają się bardzo istotne słowa: „ptaszek”, „pomidorek”, „daj”, „skarpetki”, 

a czasem z drugiego końca mieszkania słyszę desperackie pytanie: „Jak ja mam mu powiedzieć, żeby mi podał książeczkę??”

Ciąg dalszy sytuacji nastąpi, na razie Miguel tylko się krzywi, gdy tłumaczę Milusiowi na polski, co tata właśnie do niego powiedział po hiszpańsku.

I czasem słyszę miguelowe westchnięcia: „Mój Boże, do czego to doszło. Z własnym synem nie mogę się porozumieć!” 🙂

Kategorie
Blog o Kolumbii Ciekawostki Ludzie Życie w Kolumbii

Polki w Kolumbii

Jest nas tutaj niewiele. W najlepszym razie jest nas tu kilkaset, bo przecież cała czteropokoleniowa Polonia w Kolumbii nie liczy więcej niż 1000 obywateli kraju nad Wisłą. Polek w Kolumbii przybywa, ale też nie wszystkie się znamy, nie wszystkie żyjemy w Bogocie, wreszcie, nie wszystkie mamy okazję blisko się ze sobą zaprzyjaźnić.

Do Kolumbii przyjezdżamy zwykle za mężczyznami, których poznajemy na całym świecie, w czym widać pewne zależności:

  1. Kolumbijczyków bardziej ciągnie do rodzinnych stron niż Polaków
  2. W polsko – kolumbijskich parach to Polki są chętniejsze do wyjazdu na drugi koniec świata. I przyjeżdża nas tu zdecydowanie więcej, niż polskich panów.

Rzadszymi powodami osiadania na stałe w Kolumbii to: kontrakt z pracy, studia, własny biznes. Warto tutaj dodać, że do Kolumbii nie przyjeżdża się „za chlebem”; żeby się dorobić i odłożyć. To zwykle kraj dla pasjonatów i najlepiej dla ludzi z pomysłem na siebie (lub firmę).

„Polki w Kolumbii” to aktualnie cała subkultura. Nie mogąc się, w obliczu Koronawirusa / kwarantanny / zamknięcia w domach, spotykać na żywo, istniejemy energicznie i z wielkim entuzjazmem, w internecie. Nadawanie komunikatów po polsku przeniosło się z trójwymiarowej przestrzeni do wirtualnej. I, jak na Polki przystało, jest tam od nas i głośno, i sporo.

Może mieć to związek z astrologicznym przesunięciem: Najjaśniejsza gwiazda konstelacji Lwa – Regulus – przeszła po ponad 2 tysiącach lat na dobre do Panny, zatem indywidualność i męska, lwia władczość również zamienia się w potrzebę dzielenia się, wspólnoty, jak i – uwaga! – żeńskości.

Niezależnie jednak od gwiazd, naszą blond siłę Polek (a w porównaniu z Kolumbijkami –  siłą rzeczy jesteśmy wszystkie blond!), widać coraz wyraźniej w małej, kolumbijskiej Polonii i mimo tego, że wszystkie pielęgnujemy kolumbijskie znajomości, ze sobą czujemy się… jak w domu.

Polki w Kolumbii to gwiazdozbiór najróżniejszych osobowości, zawodów, talentów, które na pierwszy rzut oka trudno ze sobą połączyć.

Jest wśród nas i historyczka sztuki, i ekonomistki, i projektantka wnętrz, i kilka filolożek.

Często nie znamy szczegółów naszych rodzin i kontekstu, z którego pochodzimy. W Kolumbii wszystko się wyrównuje, wszystkie startujemy z tego samego miejsca, wszystkie jesteśmy na tym samym wózku i wszystkie mamy podobne perypetie.

Często nie wiemy nawet, z jakiego miasta jesteśmy – w Kolumbii również traci to jakąkolwiek ważność. Tylko czasem wychodzą na jaw jakieś poznańskie czy warszawskie naleciałości, ale ponieważ od lat mieszkamy za granicą, operujemy raczej klasycznym językiem polskim, z powiedzonkami z poprzedniej dekady, których w stolicy pewnie nikt dawno już nie używa.

Wszystkie zostałyśmy podobnie wychowane, czytałyśmy w dzieciństwie te same ksiązki, bawiłyśmy się tymi samymi lalkami i jadłyśmy te same potrawy, więc nadajemy o podobnych sprawach i wibrujemy tymi samymi tęsknotami.

No właśnie – jedzenie. Mottem przewodnim wśród Polek w Kolumbii jest wyżywienie. Umiejętności polskich dziewcząt przechodzą najśmielsze kulinarne, kolumbijskie oczekiwania. Na grupowym czacie roi się od zdjęć suto zastawionych stołów z wszelkimi rarytasami, jakie wymyśliła ludzkość.

Na naszych stołach jest i pieczyste, i sałatki, jest focaccia, i racuchy. Zarówno polskie placki ziemniaczane, jak i smażone w głębokim tłuszczu chrupiące, kolumbijskie patacones.

Jest i wegańsko, i jest kaszanka.

Jest i tiramisu, i tort czekoladowy, ciasto z fasoli (!), a nawet i rodzimy placek drożdżowy z owocami.

Wszystko wybornie podane i palce lizać, bo Polki lubią perfekcję.

Ba, Polki w Kolumbii umieją robić… chleb. Wiemy, gdzie sprzedają najlepszą mąkę żytnią i za ile. Wiemy, jak zrobić zakwas i jak go odżywiać, nawet jak przechowywać i jak zarobić na ciasto.

Chcemy kapustę kiszoną? Proszę bardzo, nagle w piątkę szatkujemy kapustę i wymieniamy się spostrzeżeniami co do tekstury, smaku i zapachu. Psioczymy na dostępne pojemniki i na techniczne oganiczenia. Mężowie na razie jeszcze nie wyrzucają nam słoików z kapustą z domu, ale jeśli fermentujący zapach się przedłuży, albo gorzej, kiszenie wejdzie nam w nawyk, to kto wie? Kiszonki i fermentujące specjały to w Kolumbii nowość oraz nierzadko obrzydliwstwo, ponieważ sfermentowane produkty są przecież… zepsute.

Wymieniamy się kontaktami do najlepszych dostawców pomidorów, jajek, ryb, nabiału (bo w polskim domu „bez twaroga ani do proga”), a nawet do dystrybutorów kwiatków w doniczkach.

Polki wiedzą wszystko. A jeśli czegoś nie wiedzą, a chcą, to się dowiedzą.

Narzekamy na kolumbijską formę przechowywania żywności. Tutaj rozmrażanie i ponowne zamrażanie nie jest grzechem, podczas gdy dla nas to bilet na cmentarz. I kiedy którejś z nas dowiozą rozmrożone pulpy owocowe na sok, naradzamy się, co z nimi zrobić. I wyrażamy opinie, że skoro to normalne, to codziennie balansujemy tu na granicy salmonelli albo, że skoro Kolumbijczycy tak robią i jeszcze żyją, to może nas w szkołach źle uczyli. Wracając do rozmrożonego miąższu jednak: zaradna Polka, póki dobry, to zrobi z niego sok, a resztę zaprawi w słoikach i będzie miała dżem.

Bo w polskim domu nic nie może się zmarnować. Kolumbijczycy są przyzwyczajeni, że jedzenia jest w bród cały rok, a nam z kolei w genach grają: i ciężkie zimy, i jeszcze cięższe wojny. Zero waste jest zatem naszym mottem i często przekazujemy sobie pomysły, jak wykorzystać przejrzałe lub nadgryzione przez dzieci owoce, albo przechodzony jogurt.

A przede wszystkim, stoimy sa sobą murem w zmaganiach z różnicami kulturowymi. Solidarnie narzekamy na kolumbijską biurokrację, na długie i nie zawsze jasne procedury, a teraz, w narodowej kwarantannie, na sprzeczne ze sobą dekrety i polityczną telenowelę: Podczas gdy burmistrzyni Bogoty zakazała niektórym sektorom gospodarki otwierać się w czerwcu, Prezydent Kolumbii ten zakaz odwołał. Gdy burmistrzyni kazała rejestrować się w specjalnej Korona – aplikacji, zanim się wyjdzie z domu, okazało się się, że chyba nikt tego nie zrobił.

Wspieramy się więc w dobie, w której nikt nic nie wie, w której jeden zakaz wyklucza się z drugim, w której nakaz noszenia maseczek ściera się informacją, że wdycha się w niej własny CO2.

Gwarantujemy sobie odskocznię od chaosu na zewnątrz, od absurdów dookoła, od niemożności lecenia na wakacje do Polski, ponieważ lotnisko El Dorado w Bogocie zaryglowane jest do 31 sierpnia.

Polki w Kolumbii to więc dziewczyny, które w przygodzie widzą sens życia i… które lubią mieć pod górkę.

To wreszcie zwarta grupa silnych kobiet, dla których, skoro przeżyły w nieprzewidywalnej Kolumbii, to każdy inny życiowy surwiwal jest jak własnoręczny chleb z domowym masełkiem.

Kategorie
Blog o Kolumbii Ciekawostki Ludzie Życie w Kolumbii

Kwarantanna i kolumbijska kreatywność

Jesteśmy właśnie w sytuacji bez precedensu – w czasie globalnej kwarantanny. Na całym świecie zamknięto nas w domach. W Kolumbii – na razie – do 26 kwietnia. Restrykcje są poważne w całym kraju; podobno Kolumbia lepiej sobie radzi z wirusem niż Meksyk lub Ekwador, ludzie są posłuszni i wystraszeni stosują się do odgórnych wytycznych.

Kategorie
Blog o Kolumbii Ciekawostki Kolumbia dla turystów Ludzie Życie w Kolumbii

Antywirus po kolumbijsku, czyli domowe sposoby na dezynfekcję

W ciągu ostatnich tygodni w mediach słychać właściwie jedną wiadomość: #coronavirus. Na długo wirus zdawał się być daleko z Kolumbii, ale w międzyczasie już przyjechał z Włoch i strach przed rozprzestrzenieniem się go w kraju rośnie. Na domiar złego właśnie wczoraj WHO oficjalnie ogłosiła  pandemię. Na dziś w Kolumbii daleko jesteśmy od paniki, jednak dochodzą do nas słuchy o zamykaniu szkół, kin, restauracji w Europie, ba, zamykaniu granic i sklepów.

 

Kategorie
Blog o Kolumbii Ciekawostki Kolumbia dla turystów Życie w Kolumbii

Wieliczka w Kolumbii

… a właściwie to dwie Wieliczki. Łatwo dostępne z Bogoty, ponieważ są oddalone o około godziny drogi z kolumbijskiej stolicy.

Mowa tutaj o dwóch kopalniach soli: Zipaquirá i Nemocón.

To dla Kolumbijczyków bardzo ważne miejsca, wielki powód do dumy i – jedne z pierwszych atrakcji turystycznych w kraju. Obie fascynujące, obie monumentalne i – szczególnie dla nas, turystów z Polski – konieczny przystanek w Kolumbii. Powód jest jasny – musimy przecież sprawdzić, jak działają siostry naszej Wieliczki.

Kategorie
Blog o Kolumbii Ciekawostki Klimat Kolumbia dla turystów Kulinaria Ludzie Wiedza

Kolumbijski Pacyfik – wieloryby i dziewicza dżungla

Jeśli w Kolumbii mamy ochotę na plażowanie, to pojedźmy na archipelag San Andres. Jeśli chcemy poznać dżunglę, to wybierzmy się do Amazonii, a jeśli chcemy połączyć i plażę i dżunglę, to jedźmy do Chocó nad Pacyfik.

Choco to niezwykłe miejsce w Kolumbii i na świecie. Dlaczego?

  • 93% populacji to Afrokolumbijczycy
  • to jedno z niewielu miejsc na kuli ziemskiej, gdzie las tropikalny wyrasta wprost z oceanu,
  • to drugi najwilgotniejszy region na naszym globie. Uwaga, średnia opadów rocznie wynosi 7328 mm!
  • to jeden z bardziej bioróżnorodnych skrawków świata. A endemiczna żabka, Phyllobates terriblis, zwana więc „straszliwą”, jest najbardziej trującym ze wszystkich znanych dotychczas płazów.
  • tutaj naprawdę nie dochodzą linie telefoniczne, nie mówiąc już o internecie. Aby połączyć się ze światem zewnętrznym, należy wspiąć się na pobliską górkę i niczym Statua Wolności łapać sygnał.
  • i zdecydowanie: wybrzeże Pacyfiku to jedna z najbardziej dzikich i nieprzewidywalnych destynacji w całej Kolumbii. Emocje i wrażenia murowane!