Recenzja dla Hacjenda Polki w Kolumbii
5/5
Co u Was znalazłam?
Tytuł recenzji nawiązuje oczywiście (i nieprzypadkowo) do obietnicy jaką składają właściciele reklamując (bardzo skromnie skądinąd) swoje miejsce w Kolumbii – Hacjendę - którą się z nami dzieli.
Zatem "Co u Was znalazłam?"
"Natura i odpoczynek" - po niezwykle intensywnym tygodniu na konferencji w Bogocie, wyjazd do Hacjendy z Olą okazał się być spełnioną obietnicą. Wydawało się, że hamak jest wszystkim czego mi trzeba w tych pięknych okolicznościach przyrody (i był tam oczywiście) i był „Spokój i cisza” - „idealne do zasłuchania w płynących strumykach”, ale także odgłosach (wcale donośnych!) różnorodnej fauny tropików.
Ola zmotywowała mnie do "Spaceru po kolumbijskiej dżungli". I to było jak wejście do zaczarowanego ogrodu. „Ogród botaniczny z egzotycznymi roślinami – helikonie, bromelie i orchidee”. Wszystko w nieco, albo raczej, znacznie większych rozmiarach, niż te z którymi mamy do czynienia w Europie. „Jadalny las”, czyli drzewa owocowe, z których można zrywać egzotyczne owoce, zależnie od sezonu – kakao, kawę, awokado, mango i papaje”. U mnie też banany, mandarynki i owoce będące skrzyżowaniem mandarynki i limonki (chyba? ;-).
„Trekking na punkt widokowy z widokiem na Andy" przygotował kilka godzin wcześniej pracownik Oli ‘wycinając’ ścieżkę wśród tropikalnej roślinności. Po drodze była okazja „obserwacji kolorowych ptaków” i… innych mieszkańców lasu, ale także hodowli chomików i (zupełnie różnych od naszych) kur.
Był „wodospad” i „basen”, ale „kąpiel” przed wyjazdem, po fantastycznym „relaksie” na balkonie, odbyła się już w Hacjendzie (moja wizyta przypadła na porę deszczową).
Kawa kolumbijska ma swoją markę i nie potrzebuje specjalnej reklamy, ale jej smak w tym miejscu i czasie jest zupełnie poza konkurencją. Do tego „tradycyjny, kolumbijski obiad” i sok z własnych, świeżo wyciskanych owoców!
Nic dodać, nic ująć!
No może tylko jeszcze, że po drodze odwiedziłyśmy Lagunę el Tabacal – cudowny spacer wokół świętego miejsca Indian Panches. Zatrzymałyśmy się też na kawę i lokalne słodkości w La Vega. I tu też niespodzianka - Ola kupiła od jakiejś gospodyni tutejszy biały ser zawinięty w liście bananowca - cudownie wilgotny i rozpływający się w ustach… i nie, nie było żadnych sensacji żołądkowych!
Ola jest nie tylko cudowną gospodynią – rzadko zdarza mi się być tak dobrze zaopiekowaną. To też istotny element tej niesamowitej magicznej podróży. W drodze do Hacjendy przepięknym widokom na Andy i lasy mgliste towarzyszyła opowieść Oli o Kolumbii, Kolumbijczykach, Bogocie, zwyczajach, tradycjach i codziennym życiu!
Moja podróż skończyła się, jak przystało na prawdziwą bajkę w El Dorado! Po drodze na lotnisko była jeszcze jedna niespodzianka – wytwórnia francuskich(!) serów. Zakupiłam ponadkilogramową gałkę sera, oczywiście (ceny kolumbijskie, nie francuskie, nie polskie nawet) i zapakowałam do … bagażu odręcznego! Ale to już na zupełnie inną opowieść 😉
