Kategorie
Blog o Kolumbii Ludzie

W indiańskiej wiosce Seyviaka

Seyviaka, indiańska wioska plemienia Kogis, położona jest głęboko w puszczy. Droga do niej prowadzi wzdłuż rzeki przez gęsty las. Kręta ścieżka zaczyna się w miejscowości Palomino, nad samym brzegiem morza, skąd rankiem, przy dobrej widoczności, można zobaczyć w oddali ośnieżone pięciotysięczniki gór Sierra Nevada. To jedno z niewielu miejsc na Ziemi, w których wiecznie białe szczyty gór wychodzą niemal  z morza, i to właśnie wokół nich rozwijają się kultury trzech plemion Indian: Kogis, Arhuacos i Wiwa.

Na wejście do wioski Seyviaka potrzebne jest specjalne pozwolenie Mamo, czyli patriarchy plemienia i konieczna jest obecność przewodnika.

Naszą przewodniczką zawsze jest Johanna. Urodziła się w Palomino, ale z Indianami w Sierra Nevada spędziła kilka lat. Wśród Indian przyszła na świat trójka jej dzieci, a dopiero konflikt zbrojny w Kolumbii przed kilkoma laty zmusił ją do powrotu z gór do Palomino.

Trekking z Palomino do wioski Seyviaka nie jest łatwym zadaniem, ale trzygodzinną przygodą przez dżunglę. Przejezdna dla motorów i terenowych samochodów droga kończy się około godziny po rozpoczęciu wędrówki i dalej zaczyna piąć się w górę, gdzie żaden motocykl ani rower nie podjedzie. Droga staje się dostępna już tylko dla pieszych, koni, osłów i dla mulic, więc zamiast warkotu silnika, słychać już tylko ptaki w otaczającej puszczy.

Ponieważ Johanna odbywa tę trasę niemal codziennie, już wiem, że nadaje turystom dzikie tempo i tylko ci, którzy mają świetną kondycję oraz ci, którzy lubią współzawodnictwo, mogą za nią nadążyć.

Nawet ja, choć na codzień mieszkam w Bogocie, 2600 metrów nad poziomem morza i niżej jestem wydajna, mam trudności z oddychaniem.

Podejście do Seyviaka to swego rodzaju rekolekcje. Temperatura nie spada poniżej 30 stopni Celsjusza, a droga wiedzie pod górkę.  Zależnie od pory roku, ścieżka jest albo bardzo śliska i grząska, albo sucha i pełna kurzu, wzniecanym przy każdym kroku. Zależnie od pory roku, przemierzamy w bród rzekę, która jest albo groźnie wezbrana i sięga do pasa, lub spokojnie płytka i ledwie zakrywa kostki. Niezależnie od pory roku jednak pot zalewa oczy, a w miarę z wdrapywaniem się coraz wyżej w góry, coraz częściej trzeba robić przystanki.

Po trzech wejściach zauważam, że na tej magicznej trasie nie warto się spieszyć.

Mijamy po drodze spokojnych Indian, niosących swoje plony na targ do Palomino i posłusznie podążające za nimi, objuczone muły. (Zadziwiająca jest przy tym umiejętność, z jaką konie i muły podążają stromymi, górskimi drogami). Mijamy Indianki z dziećmi; niektóre idą do Palomino do lekarza. Pod nogami kręcą się ścieżki mrówek, z jakiegoś powodu wytyczone przez nie w poprzek drogi, i mijamy święte miejsca Indian, w których do dziś odprawiają swoje rytuały.

Do wioski docieramy zmęczeni i gotowi na relaks w chłodnej rzeczce Palomino, która spływa z gór i wije się meandrami aż do morza.

W wiosce Seyviaka czas płynie zupełnie inaczej. Podłączona zwykle do elektroniki, odkładam na bok zupełnie nieprzydatny tutaj telefon. Nie ma zasięgu, nie ma internetu, nie ma nawet prądu.

Kobiety, które przyszłyśmy tutaj jako goście, przyłączamy się do kobiet z plemienia Kogi, przygotowujących jedzenie. Na obiad jest zwykle sanchoco, czyli gęsty rosół z kur, żywionych kukurydzą, które jeszcze rano beztrosko kroczyły po wiosce. W kipiącym na palenisku garnku pełnym sancocho rozgotowuje się mięso, maniok i banany warzywne.

Jemy spokojnie, w hamakach, na obalonych pniach drzewa. W takim rosole oka są wielkości talerza, a po łyżce spływa cała powłoka tłuszczu.

Choć na pozór Indianie nie sprawiają wrażenia zapracowanych, wciąż mają zajęte ręce. Kobiety ręcznie tkają torby – mochilas, mężczyźni natomiast bezustannie zapisują myśli na swoim poporo.

Poporo to naczynie, które może być wykonane ze złota – tak jak złote poporo i zarazem pierwszy eksponat kolumbijskiego Muzeum Złota, lub z innych materiałów, takich jak na przykład tykwa. W poporo Indianie do dziś mieszają prażone liście koki z wapnem, uwalniając tym samym właściwości pobudzające. Dzięki poporo i liściom koki, Indianie mogą spędzić bezsennie część nocy na religijnych rytuałach.

W wiosce Seyviaka, złożonej z kilku chat z dachem z liści palmy, bez prądu dzień kończy się po 19. W chatach rozwieszane są hamaki, które w Kolumbii są nieodzowną częścią życia i niezbędnie potrzebne do snu i wypoczynku.

Po takim wyciszeniu w Seyviaka, albo nerwowo i byle szybciej wraca się „do cywilizacji”, w drodze powrotnej wstępując z nadzieją na każdy większy kamień i z wyciągniętą ręką na wzór Statuy Wolności wyszukując zasięgu w telefonie, albo też do wygód dzisiejszego świata powraca się wolno, z pewną niechęcią, nostalgią i sceptycyzmem.

W obu przypadkach Seyviaka zostaje niezapomnianą przygodą, a zdjęcia zrobione u Indian Kogi przypominają, że życie wciąż może płynąć prościej, zwyklej, bez nadmiernych wygód i elektro-wynalazków.

Po te i inne wrażenia szyte na miarę w Kolumbii wejdźcie na www.kolumbia.travel.

Do zobaczenia w Kolumbii!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *